1986

Statystyki
 

Oficjalna nazwa: VIII MIĘDZYNARODOWY MARATON POKOJU
Data: 28 września 1986
Bieg ukończyło: Uczestników: 1505; w tym 29 kobiet (1,93%)
Zwycięzcy:

 

Mężczyźni:
1. Józef Mitka (Pszczyna) - 2:19:48
2. Zbigniew Kubala (Kędzierzyn) - 2:22:09
3. Kazimierz Marczuk (Warszawa) - 2:25:03

Kobiety:
1. Maria Kawiorska (Radogoszcz) - 2:46:48
2. Helena Kozioryńska (Kraków) - 2:51:33
3. Janina Juszko (Przesieka) - 2:55:35

 

Rezultaty: Czas środkowego zawodnika - 3:42:09
Obcokrajowcy: Łącznie - 23 (1,53%): NRD - 8, Czechosłowacja - 4, Bułgaria, USA, Węgry po 3, Finlandia i RFN - po jednym.

 

 

Relacja


Maraton Pokoju A.D. 1986 był szalenie... pokojowy. Przed biegiem od pochodni przeniesionej sprzed siedziby ONZ w Nowym Jorku został zapalony znicz. Była to część większej akcji - sztafetowego Biegu Pokoju, którego trasa biegła przez 85 krajów. Po raz pierwszy warunkiem uczestniczenia w Maratonie Pokoju było ukończenie 18 lat. Opłata startowa wynosiła 300 zł (dla porównania - Trybuna Ludu kosztowała 10, butelka wódki - 690, a dzień w areszcie stanowił wydatek w wysokości 625 zł).

 

Mimo że trasa była podobna do tej z poprzedniego roku jej długość dokładnie zmierzyli geodeci. Nie było już wątpliwości - biegacze faktycznie pokonali 42 kilometry i 195 metrów.

W biegu wystartowało ponad 1800 osób, w tym 44 kobiety. Na trasie jak zawsze obecne były napoje przygotowane w wytwórni Jerzego Lewandowskiego (30 tys. butelek) oraz kawa. Na żywo zmagania maratończyków relacjonował Program Pierwszy Polskiego Radia.

Na trasie bardzo długo prowadził tandem Józef Mitka i Zoltan Szabo z Węgier. Ostatecznie na ostatnich kilometrach sympatyczny Węgier osłabł i przybiegł dopiero piąty. Wśród kobiet bezapelacyjnie zwyciężyła Maria Kawiorska, pokonując triumfatorkę z 1982 roku Helenę Kozioryńską. Jedną z głównych nagród dla zwycięzców był weekend w hotelu Victoria. Zawiódł natomiast Barry Schaeffer- drugi na mecie półmaratonu w Nowym Jorku. Jego przelot do Warszawy i udział w Maratonie Pokoju był nagrodą ufundowaną przez LOT.

Amatorzy cieszyli się z poprawy pogody - po kilku pochmurnych i deszczowych dniach zza chmur nieśmiało wychylało się słońce i ciepła kawa okazała się niepotrzebna. W rozegranym tego samego dnia w Berlinie biegu maratońskim wygrał Bogusław Psujek - późniejszy rekordzista Polski.

 

Pliki do pobrania


                                                                   

    Numer                          Medal                      Wycinek                    Wycinek                     Wycinek


                                                                   

                   Wycinek                    Statystyki                Wyniki oryginalne           Wyniki.exl


 

Wspomnienia uczestników

 

Józef Strzyżewski

Chociaż maraton odbywał się na trasie nudnej i żmudnej, gdyż po nawrocie wiódł tym samym odcinkiem tyle że pokonywanym w przeciwnym kierunku, to zakończenie maratonu ponownie w atmosferze stadionu sprawiało, iż wszystko co najgorsze pozostawało w tyle. W moim przypadku najgorszymi były liczne kontuzje na trasie, jakie mogłyby przerwać bieg, a najbardziej - zdarzenie jakie miało miejsce na 15 kilometrze. Wspomnienia z przed biegu i ze startu pozostawiały dobre wrażenia - kulturalna obsługa, uroczysty i podniosły moment przed honorowym wystrzałem startera, rozmowy po starcie z zaprzyjaźnionymi zawodnikami. Do 5-tego kilometra trasy nic nie było w stanie zakłócić prącego do przodu żywiołu rozlanego wielobarwną wstęgą w przestrzeni. Nie potęgował tej siły setek biegaczy żaden doping ani oklaski na znacznym odcinku trasy. Przebiegając jednak przez podwarszawskie miasteczka, tak dobrze znane, pojawiał się żywiołowy doping kibiców i podrywał na nogi niejednego pechowca. Przed 15-tką z trudem dociągnąłem do punktu sanitarno-odżywczego i tutaj miał się skończyć mój rzekomy "happy end". Nadeszły kolejno: ból prawego kolana i gorycz klęski. Nieznane mi lekarstwo z punktu sanitarnego na tej 15- ce, poderwało mnie do jeszcze ostatecznej próby.


Józef Kmieciński

Do Maratonu Pokoju w 1986 roku szykowałem się specjalnie przez całą wiosnę i lato. Owszem, biegałem na zawodach na orientację, ale najważniejszy miał być dla mnie maraton. Na zawodach w Czechosłowacji kupiłem sobie "maratonki", nie musiałem już biec w trampkach z Krosna, czy adidasach Polsportu. Biegałem treningi po 20-30 kilometrów, często na szosie i w ostatnich dniach przed biegiem byłem przekonany że jestem w stanie pobiec na czas rzędu 2:50.
Ruszyłem żywo, co prawda po kilku dniach opadów zrobiło się ciepło, ale na pierwszych punktach nie piłem. Szkoda mi było czasu. Do dwudziestego kilometra udało mi się dobiec w 1:20, zawróciłem w Falenicy i po chwili zaczęło się. Poczułem się słabo i na chwilę musiałem się zatrzymać. Na przemian szedłem, stałem, chwilę biegłem i znowu szedłem. Doczołgałem się do wodopoju i kiedy napiłem się poczułem się... równie źle, tyle że inaczej. Mijali mnie kolejni rywale, a ja przeżywałem gorycz porażki.

Tak dobrnąłem do domu mojej teściowej - złapałem się ogrodzenia i powiedziałem. że dalej nie biegnę, niech robią co chcą. Żona z teściową kilka minut przekonywały mnie do skończenia biegu. Ruszyłem, jeśli takie określenie jest tu na miejscu. Brnąłem do mety, czas był znacznie słabszy niż w 1981. Poczułem gorycz porażki.