I Maraton Pokoju

19-11-2015 15:11

I Maraton Pokoju

Ostatniego dnia września 1979 roku po raz pierwszy w naszym kraju odbył się masowy bieg maratoński, otwarty dla zarówno dla zawodowców, jak i dla biegaczy-amatorów. Podczas pierwszych tego rodzaju imprez w Berlinie i Nowym Jorku startowało około setki biegaczy – w Warszawie trasę premierowego Maratonu Pokoju pokonało aż 1861 osób. Był to największy maraton w Europie anno domini 1979! Taka frekwencja była przede wszystkim zasługą działań Tomasza Hopfera – dziennikarza Telewizji Polskiej i byłego 400-metrowca, który w ramach telewizyjnej akcji „Bieg po zdrowie” propagował bieganie i udział w Maratonie Pokoju.

Osoby, które podjęły się trudu zorganizowania biegu, nie miały łatwego zadania, a najtrudniejszą przeszkodę musiały pokonać już na samym początku. Trzeba było bowiem przekonać władze (podówczas przede wszystkim partyjne), że maraton nie będzie zagrażał porządkowi w socjalistycznej ojczyźnie. Zadaniu temu sprostali Zbigniew Zaremba, pierwszy dyrektor Maratonu Pokoju i Józef Węgrzyn – dziennikarz (który poza tym że był jednym z głównych organizatorów, pokonał trasę biegu w dobrym czasie 3:17:35). Zresztą czasy uzyskane przez zawodników były w 1979 roku znakomite! Zwycięzca, Kazimierz Pawlik, osiągnął linię mety po 2 godzinach 11 minutach i 34 sekundach! Po biegu jednak okazało się, że trasa była nieco (o około półtora kilometra…) krótsza od regulaminowej. A wszystko to mimo wykorzystania do pomiaru trasy dwóch samochodów i pistoletu laserowego.

Niecodzienne były nagrody dla zwycięzców – obrazy wybitnych polskich malarzy (na czele ze Starowieyskim i Hasiorem). Zwycięzcy nie byli wtedy takimi nagrodami zachwyceni, teraz zaś ich wartość jest ogromna. Za plecami czołówki toczyła się zacięta walka z własną słabością, niedoskonałością sprzętu i niedostatkami organizacyjnymi. Przy trasie, którą przezornie wyrzucono poza miasto (biegła ze Stadionu Dziesięciolecia, przy torach kolejowych do Falenicy i Wałem Miedzeszyńskim z powrotem do Stadionu) poza zorganizowanymi przez organizatora punktami odżywiania mieszkańcy wystawiali wiadra wody, herbatę, a nawet – będącą wtedy rarytasem – czekoladę. Amatorzy bez doświadczenia – bo przecież nie mieli okazji by je wcześniej zdobyć – z odparzonymi w trampkach nogami, obiecywali sobie: za rok tu wrócę.

Wspomnienia uczestników

Andrzej Szałowski

Taki był właśnie mój I Maraton Pokoju – pierwszy w życiu numer startowy, pierwsze uczucie wolności po starcie. Najtrudniejszy odcinek wiódł wzdłuż toru kolejowego Warszawa-Otwock. Kilkanaście kilometrów w linii prostej – żadnego zakrętu i monotonia, która paraliżowała siły. Gdy już wracałem na Stadion X-lecia, na Wale Miedzeszyńskim zatrzymywałem się często ze zmęczenia, wykonywałem skłony, a nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Miałem wtedy niewiele sił, bo mało trenowałem, a buty w jakich biegałem, trudno było nazwać sportowymi. I przy tak morderczym wysiłku, osiągając linię mety, której nie widziałem lecz tylko czułem, doznałem najwspanialszego uczucia, które już nigdy nie powtórzyło się. To można przeżyć tylko za pierwszym razem, a nie można tego w żaden sposób opisać. „Uniosłem” się wówczas nad całym stadionem i poczułem się lekki niczym ptak. Od tego czasu pozwoliłem maratonowi zawładnąć sobą i zmienić swoje życia. Zwieńczeniem tych doznań było wręczenie mi dyplomu z autografem Tomasza Hopfera. Przy następnych maratonach takiego dyplomu już nie było.

Dariusz Lipiec

Najbardziej dokucza ból sztywniejących coraz bardziej mięśni ud. Teraz nie można zmienić tempa, nogi coraz mniej posłuszne są mojej woli. Coraz więcej ludzi serdecznie dopingujących. Machają rękami, coś wołają, bija brawa. Uśmiecham się też mimo zmęczenia, jestem wzruszony tą serdecznością, oklaskami i tym, że kończę maraton. Z daleka widzę już Most Poniatowskiego. Myślami jestem już przy rodzinie, która czeka na mnie na mecie i chyba trochę niepokoi się jak znoszę trudy biegu i w jakiej formie zamelduje się na mecie. Rozmyślania te gwałtownie przerywa niemal paraliżujący ból mięśni ud. Bardziej skaczę na sztywnych zdrętwiałych nogach niż biegnę. Denerwuję się czy jakoś to opanuję. Patrzę na mijającego mnie jasnowłosego zawodnika i dziwię się, że ma taki długi krok. Most, ostatni punkt orientacyjny tak powoli przybliża się. Już niedaleko. Mijam z lewej szatnie, w których rozbieraliśmy się. Wszystko jednak ma swój kres. Nagle z prawej strony ulicy, niedaleko Mostu Poniatowskiego wyskakuje niemal wprost na mnie Jurek Ziomkowski, z którym z górą dwadzieścia lat wstecz należałem do sekcji kolarskiej warszawskiej Spójni: „Darek, robię ci zdjęcie, już zaraz za mostem meta, teraz przyłóż”.

Janusz Kalinowski

Ten pierwszy maraton był nieprawdopodobny ze względu na atmosferę, którą stworzyli biegacze. Do dziś pamiętam że to było tak jakby się biegło w wielkiej rodzinie. Bo ludzie pytali jeden drugiego: Jak się czujesz, a może ci coś podać a chcesz cukier, jakiś napój? Taka atmosfera, w której jeden dbał o drugiego, wszystkim zależało na tym żebyśmy wszyscy ten maraton ukończyli. Na półmetku doszła taka wiadomość, jeden drugiemu ją podawał, że Monika Hopfer sprzeciwiła się ojcu i chce biec do mety, bo miało być tak że tylko wystartuje, a później zejdzie. Ojciec dostaje szału, a ona chce biec do końca. A jak taka dziewczyneczka, mająca dwanaście czy trzynaście lat biegnie to ja też dam radę. Atmosfera była potęgowana przez mieszkańców, którzy wynosili jakieś ciasta, wiktuały, nie wiem, co tam było, bo nie jadłem. Ten Stadion Dziesięciolecia w tamtych latach był symbolem sukcesów naszego sportu. Wiele osób pamiętało mecz 1958 roku w Polska – USA gdzie te 100.000 ludzi dopingowało.